Reviews

(in Polish)

Maria Hussakowska -- Wystawy mniejsze


Malarstwo Bożeny Knecht nigdy nie było dosłowne. Oglądając jej obrazy ulega się ich nastrojom. To delikatne, subtelne malarstwo jedni zakwalifikują jako kobiece, inni pójdą dalej i uderzą w feministyczną nutę.

Jestem daleka od kategoryzowania i szufladkowania. Jej nowy cykl nie opowiada żadnej historii, jest odzwierciedleniem emocji, próbą przekazania niewypowiedzianych potrzeb. To komunikaty wysyłane do świata. Uwikłani w relację często nie potrafimy wyrazić swoich uczuć. Bożena mówi przez kolor, ubierając w niego stan ducha.

Duże obrazy o prostej, otwartej kompozycji, sprawiające wrażenie nieograniczonych przestrzeni, zdają się wchłaniać obserwatora. Linie i formy znikają w świetlistej paradzie barw. Rolę światła i koloru podkreśla w obrazie delikatność rysunku i prostota form. Subtelna gradacja koloru, delikatne przenikanie, falowanie i natężenie barwy, to ilustracje stanu ducha. Niebieski staje się rozmową, róż dotykiem… tu nasycenie barwy decyduje o sile uczucia. To esencja znanej nam emocjonalnej siły koloru.

Widzimy dialog między potrzebą a odczuciem, dialog między kobietą a mężczyzną, my widzimy wypowiedź kobiety, męską część musimy sami dopowiedzieć. Dzięki spojrzeniu wrażliwego widza obraz nabiera znaczenia i ożywia się, a przede wszystkim zostaje odczytany.

Zamykamy się na siebie na wzajem i doznania przed monitorami swoich elektronicznych światów, tam szukając zrozumienia albo wręcz kreując siebie. Nie widzimy już kolorów emocji, zapatrzeni w świecące ekrany komputerów i tabletów.

Bożena wysyła do nas barwny SMS, spróbujmy go odczytać.

— Karolina Robotycka


Na jednej z marmurowych fontann Alhambry, mauretański poeta głosi chwałę przemiany szlachetnego kamienia w spływającą z niego wodę: Stapia się w jedno to, co płynne i to co trwałe, woda i marmur, i patrząc nie wiemy, które z nich płynie. Owa fontanna tak mówi o sobie: Gdzie znaleźć większy cud? Woda tak tryska ze mnie, że czasem kryje mnie i przestajesz mnie widzieć. Zda się tworzymy, woda co bieży, i ja, jeden złom lodu: połową topi się i spływa, gdy druga połowa trwa niezmieniona. Ta niepewność i ten zachwyt przypominają mi się, gdy patrzę na fotografie Bożeny Knecht. Oto podpatrzone w płynnym momencie stawania się strzępy przedmiotów i kawałki ciała. Przechodzą jedne w drugie w sposób tak tajemniczy, iż nie wiemy, co jest delikatnym muślinem, a co różową skórą, co kwiatem, a co powietrzem, co materią organiczną, a co jej przetworzeniem w tkaninę, co szarością cienia, a co materialnym zarysem. Cóż ma oznaczać to stawanie się form, to przechodzenie ich jedna w drugie, to mruczenie kruchych przedmiotów żyjących własnym życiem i zajętych pokazywaniem nam – a może sobie nawzajem – swoich podszewek, szpar i nisz, miękko zawiniętych krawędzi? Oto pokazano nam świat emocji, tak jakby można je było pokroić na plasterki i zobaczyć pod mikroskopem. Utrwalono – o ile to słowo pasuje do dzieł, których zadaniem jest pokazać generalną niemożność utrwalenia czegokolwiek co się staje – moment przechodzenia jednych uczuć w drugie, nagłego pojawienia się nastrojów, nieokreśloność chwili, niespodziewanie wzburzone emocje, miękką czułość nie mającą w sobie żadnej czułostkowości. Na chwilę możemy zobaczyć to, czego szczególni wrażliwcy doświadczają w nagłych chwilach i o czym nie bardzo potrafią opowiedzieć innym: chłód i ciepło, barwę i szarość, zapach i smutek, cień i światło – wszystko co sprawia, że jakiś moment, jakieś miejsce, jakiś gest pozostają w nas na zawsze jako nieokreślone wspomnienie, które przywołuje się same, w chwilach nagłych i zaskakujących. Doprawdy ubodzy ci, którzy nie doznają takich olśnień. Niech więc chociaż patrzą. Jak mówi mauretańska fontanna: Kiedy nadchodzi noc, mógłbyś pomyśleć, że jesteś światem położonym gdzieś na wysokościach, wyżej od gwiezdnych konstelacji. Jakbym była muszlą perłopławu, a te krople – perłami, których jestem pełna.

— Jerzy Żmudziński


Nie wiemy co jest pod spodem tych „powłok”, tych skór.
Mają żyły, pulsujące ścieżki krwi, są pełne soku, a mimo to czuć, że ich czas się skończy.
Chce się wejść w ich wnętrze, schować się jak do gniazda albo do łona matki.
Wnętrze jest na zewnątrz i odwrotnie, powłoki same są jak ciała.
Chcielibyśmy odciągnąć skórę, żeby uchylić kryjącą się pod nimi tajemnicę.
Fotografie Bożeny Knecht są jak abstrakcyjne obrazy,
mimo to próbujemy nazywać to co nam się wydaje, że widzimy.
Pokazują zimno i gorąco, pozwalają widzowi na podróż we wnętrze……uczuć.

— Annemarie Frascoli


Osobnym rozdziałem twórczości Bożeny Knecht jest jej twórczość fotograficzna. Artystce udało się w ramach tej dyscypliny wypracować własny wyraz estetyczny i artystyczny, chociaż nie poszła ona, podobnie jak w malarstwie, w stronę eksperymentu lub tak modnej aktualnie – prowokacji formalnej, czy tematycznej. Artystka w fotografiach operuje określonym repertuarem form i przedmiotów, które ukazuje w znacznym przybliżeniu i fragmentarycznie, tak jakby chciała nawiązać z nimi najbardziej intymny kontakt, a nawet w nie wniknąć. Poprzez niezwykłe powiększenie elementów, codzienne przedmioty stają się talizmanami. Zaciera się ich przeznaczenie i funkcja. Stają się przez to formami na wpół abstrakcyjnymi.

Fotografując na przykład kwiat, motyw obarczony głęboką symboliką, aczkolwiek zbanalizowany w sztuce, ukazuje go również w sposób niecodzienny, powiększając jego kielich, wnikając w jego wnętrze okiem obiektywu kamery. Jak pisze w jednym ze swoich wierszy “zanurzyłam się w cielesności kwiatu/ - jego czystości, doskonałości/ - jego kruchości, zmysłowości/ zaglądałam w jego wnętrze, w jego “czucie” (…) stopiłam się w jedno, byłam w kwiecie, byłam kwiatem”.

Artystce chodziło o odnalezienie na bazie otaczającego ją świata przedmiotowego głębszych wartości. Wydobyć z materii emocje, zmysłowość. Próbować dotrzeć do wnętrza, do jądra czucia. Zatrzymać na chwile. Ujawnić kruchość rzeczy i przemijalność …..

Fotografowane przedmioty służą jako materiał, z którego artystka buduje własny autonomiczny mikrokosmos formalny, a w którym podstawowe elementy wyrazu takie jak kolor, faktura, linia, światło i płaszczyzna, tworzą poetycki nastrój zadumy i melancholii. Jej fotografie cechuje swoista uroda i wdzięk.

Zmuszają do refleksji i kontemplacji. Budzą poczucie piękna.

— Tomasz Gryglewicz


Bożena Knecht maluje obrazy niebywale subtelne, emanujące nastrojem budowanym delikatną zwiewnością koloru. Należy do tych niewielu, którzy potrafią stworzyć obraz głęboko zakorzeniony w tradycji krakowskiego malarstwa, a bardzo przy tym współczesny, dzieło łączące refleksję ze swoistą ekspresją i dużą urodą. Nie epatuje widza, chyba że właśnie tą wstrzemięźliwością wobec wszelkich ostentacji. Nie ucieka od dekoracyjności, ale przecież osiąga ją kolorystyką subtelną, barwami, które same w sobie raczej nie są uznawane za dekoracyjne.

Jak ona to robi, że obraz utrzymany w subtelnych gradacjach szarości, ledwie muśnięty delikatną plamką różu, skłonni jesteśmy uznać za ogromnie dekoracyjny, że zielenie przyszarzone lub rozbielane nagle zaczynają zachwycać bogactwem – tego zapewne nie dowiemy się ani od autorki, ani nawet od siebie samych. Malarskość działań Bożeny Knecht należy do tych, które wyjątkowo opornie przekładają się na słowa. Można nawet zrozumieć dlaczego ludzie poważni zaczynają z nagła mówić o „boskim tchnieniu talentu”…

Obrazy Bożeny Knecht zawsze autorsko rozpoznawalne, z finezją i delikatnością koloru, z niedosłownością rzeczy i całą magią autorskich kodów, zatrzymują widza. Tak jak pełna znaczeń cisza wśród bardzo dużego zgiełku. Bożena Knecht zawsze i każdy temat opowie klasycznie pastelowymi kolorami, piękno, zawsze ważne uczyni niedosłownym, owiniętym w zamglenia, anegdotę (ewentualną) odmaterializuje, schowa za przejrzystością osłon. Subtelna jak jej obrazy jest w istocie człowiekiem szalenie odważnym; ktoś mniej odważny krępowałby się nawet myśleć tak pastelowo, o malowaniu z taką czułością nie wspominając…

— Dziennik Polski, fragment recenzji Jolanty Anteckiej